Są jak pierwsze wrażenie – oddziałują silnie i pozostają na długo. Najlepsze przykłady pokazują, jak od pomysłu, talentu twórcy i doboru odpowiednich środków zależy powodzenie misji – przeniesienie widza z jego codziennej rzeczywistości do świata filmu. Marketingowiec dostrzeże też ich tajną misje – bycie elementem budującym wizerunek.

Mianem czołówki filmowej lub napisów tytułowych określa się listę nazwisk twórców oraz tytuł pojawiający się na ekranie przed filmem. Napiszę oczywiście o tych, których forma wybiega znacznie poza białą typografię spełniającą cel informacyjny. W czołówce litery mogą być wyszukane, poruszać się, wyświetlać się w sposób zsynchronizowany z muzyką. Towarzyszyć im może specjalnie zaprojektowana animacja, od abstrakcyjnej po mocno fabularyzowaną lub specjalnie dokręcone ujęcia filmu.

Duża część napisów tytułowych zdaje się być odzwierciedleniem graficznych trendów panujących w projektowaniu w danym czasie lub przeniesieniem inspiracji z innych dziedzin projektowania na duży ekran i przed szerokie grono odbiorców – widzów filmowych. Zdarzały się w historii tej dziedziny również dzieła, które same wyznaczały trendy.

W czasach błyskawicznie rosnącej popularności seriali znaczenie ich czołówek jest niekwestionowane. Najlepszym z nich, co jest ewenementem w świecie filmu,  przyznawane są nagrody Emmy. Napisy tytułowe serialu „Gra o tron” doczekały się kilku interpretacji czy parodii, a nie stało by się tak, gdyby nie były znaczącym elementem tego serialu.

Inaczej jest jednak w przypadku filmów fabularnych. Uważam, że nie przykłada się do nich należytej uwagi, szczególnie w Polsce. Dlatego to ich zastosowaniu na dużym ekranie poświęcę ten wpis.

Za co lubimy czołówki filmowe?

Jestem osoba spóźnialską, ale do kina nie spóźniam się prawie nigdy – nie chcę przegapić napisów tytułowych! Uwielbiam to, co czołówka robi z widzem w kinie. Jest obietnicą. Wprowadza w odpowiedni nastrój, zachęca, łechce jego ciekawość. Jest jak pierwsze wrażenie – oddziałuje silnie i pozostaje na długo.

Może urzekać nas wizualną poezją i wyrafinowanymi obrazami lub wręcz atakować brutalną stylistyką. Najlepsze przykłady pokazują, jak od pomysłu, talentu twórcy i doboru odpowiednich środków zależy powodzenie misji – przeniesienie widza z jego codziennej rzeczywistości do świata filmu. Otwierająca się w kinie kurtyna (albo koniec bloku reklamowego) i gasnące światło to idealny moment przejścia, którego nie wyobrażam sobie bez napisów tytułowych, a nie chciałabym sobie wyobrażać bez tych naprawdę zachwycających. To one natychmiastowo zmuszają do większego skupienia i wzmagają apetyt na to, co nadejdzie.

Jeszcze bardziej niż widzowie, czołówki filmowe kochamy my – motion designerzy. Nic dziwnego, skoro możemy, dzięki tej formie, dać upust swojej kreatywności, umiejętności zamykania szerokiej idei w pigułce, wrażliwości wizualnej i innowacyjności.  A przy tym mamy okazję zostać docenieni przez bardzo dużą liczbę odbiorców.

Dlaczego warto uwzględnić czołówkę w budżecie?

Atutem czołówki filmowej rozważanym z punktu widzenia twórców i producentów filmu może być fakt, że te umiejętnie skomponowane kilka minut sprawia, iż z pozoru mało istotna dla widza treść, stanie się dla niego ciekawa i zauważalna. Projektant powinien pamiętać o podstawowej merytorycznej funkcji czołówki przekazaniu najważniejszych informacji dotyczących filmu – i nie traktować jej jedynie jako możliwości popisania się swoimi umiejętnościami. Jako agencja filmowa, poświeciliśmy temu zagadnieniu sporo uwagi.

W kontekście marketingu jest bardziej elementem budującym wizerunek niż formą reklamy. Głównym zadaniem plakatu filmowego i innych materiałów promocyjnych z filmem związanych, szczególnie w krajach, w których przemysł filmowy to prężna komercyjna machina, jest przyciągnięcie do kina jak największej liczby widzów. Często plakaty projektowane są według szablonów, które kiedyś się sprawdziły i przyciągają masy żądne niewyszukanej rozrywki, a niekoniecznie grupę docelową, która doceniłaby film. W przemyśle tym, jak w każdym, liczy się zysk, dlatego takie podejście do plakatu nie dziwi. Czołówka filmowa jest zwolniona z odpowiedzialności przyciągania widzów do kina, co owocuje większą swobodą twórców, a więc i lepszymi projektami. Dzięki temu może być szczera, dokładnie oddająca klimat filmu. Porównałabym ją do elementów kreujących markę, jak np. do dobrego logo firmy. Bardziej przypomina również projekty wybitnych plakacistów z czasów świetności tego gatunku grafiki.

Dobre napisy tytułowe oparte są na głębszym pomyśle, metaforze, znaczeniu,  a w ten sposób nawiązują do filmu i zamysłu reżysera. Saul Bass wyjaśnia to następująco: „Tworzenie czołówki filmowej było jak tworzenie plakatu – sprowadzasz wydarzenie do jednej myśli, jednej metafory… historii, która musi być dopowiedziana, charakteru, który musi być przedstawiony.”

5 czołówek, które wyznaczyły trendy

Każdy spytany o czołówki filmowe, które dobrze zapamiętał, wymieni ich kilka. Może będą to czołówki do „Bondów”, a może Różowa Pantera, z pewnością w tym zestawieniu pojawią się największe produkcje filmowe. Ja z moich ulubionych wybrałam 5, które moim zdaniem, oprócz bycia pięknymi bramami do świata filmu, wyznaczyły nowe trendy w tworzeniu czołówek i innych dziedzinach projektowania. Analiza największych dzieł światowego kina pozwala tworzyć lepsze produkcje, między innymi explainer video, czy filmy szkoleniowe.

1. Alfred Hitchcock zatrudnił znakomitego projektanta Saul Bassa do stworzenia niezapomnianych czołówek m.in. do „Vertigo” („Zawrót głowy”, 1958 r.), „North By Northwest” („Północ – północny zachód”, 1959 r.), oraz „Psycho” („Psychoza”, 1960 r.).

W napisach tytułowych do „Psychozy” widać, że nie tylko plakatowe doświadczenie miało wpływ na jakość i styl jego twórczości, ale także fascynacje minimalizmem i bauhausem. Bass przykładał dużą i należytą uwagę do tempa, rytmu i detalu. Celowo dobrał bardzo skromne środki plastyczne, aby przy dodatkowej pomocy znakomitej, silnej muzyki Bernarda Herfmanna oddać grozę filmu.

Silny kontrast i nieustanne agresywne podziały na ekranie oddają psychotyczną osobowość głównego bohatera i są abstrakcyjnym odzwierciedleniem filmowego horroru.

2. Czołówka do filmu „To kill a Mockingbird”( „Zabić Drozda”, 1962 r., Robert Mulligan) Stephena Frankfurta. O tym art directorze pracujacym w Nowym Yorku, Shannon Davis, dyrektor promocji w TCM, mówi: „Dzięki doświadczeniu w branży reklamowej Stephen podchodził do filmów inaczej niż współcześni mu projektanci wychowani w warunkach Hollywoodzkich, tworzył w oparciu o emocje i zmysł opowiadania historii”, a tak właśnie projektowało się reklamy w agencji, w której wówczas pracował.

Film opowiada historię rozprawy sądowej czarnego mężczyzny, widzianą oczyma małej dziewczynki. Frankfurtowi perfekcyjnie udało się nawiązać do fabuły, skonstruować metaforę oddającą ducha filmu. Czołówka opiera się na specjalnie stworzonych, dodatkowych ujęciach przedstawiających zbliżenia „pudełka skarbów” dziecka, makro fotografie przedmiotów w nim się znajdujących oraz rysunków dziewczynki. W świat dziecka wprowadza widza dodatkowo dźwięk stanowiący tło napisów – prosta melodia nucona przez dziewczynkę. Kontrast dla tych wysublimowanych obrazów wytwarza nowoczesna, bezszeryfowa typografia, która, mimo że się wyróżnia, została idealnie wkomponowana w poszczególne kadry.

Stephen Franfurth w jednym z wywiadów opowiadał, że przy tym projekcie dostał pełną niezależność, pracował z kilkoma asystentami według szczegółowego planu, który wcześniej przygotowali. W pewnym momencie widzimy na ekranie, jak jasna szklana kulka zaczyna się toczyć, a następnie uderza w czarną. Nie ma w tym przypadku. Mimo że ujęcie pierwotnie stwarzało problemy, szklane kulki nie zderzały się odpowiednio, zainstalowano w nich magnesy i pokierowano je przed kamery, według wcześniejszych założeń. Nie mogło zabraknąć tej metaforycznej sceny.

3. W czołówce do filmu Stanleya Kubricka „Dr. Stragelove” („Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę”, 1964 r.) Pablo Ferro przedstawił dwie najważniejsze cechy filmu: czarny humor i jego aspekt polityczny. Zestawił ze sobą lekko humorystyczną, infantylną, odręczną typografię, imitującą napisy zrobione kredą oraz dynamicznie zmontowane zdjęcia filmowe bombowców.

Ujęcia samolotów, za sprawą montażu i muzyki, nie są groźne w odczuciu, pobudzają za to zmysły. Ferro, za namową Kubricka, wykorzystał charakter swoich odręcznych szkiców liter, które pokazał reżyserowi podczas przedstawiania mu swojego pomysłu. Typografię rozmieścił na całym ekranie, wypełniając każdy kadr cienkimi, wydłużonymi, białymi napisami, pogrupowanymi w bloki. Ten efekt, niestarannie napisanych liter nałożonych na zdjęcia, stosowany jest w projektowaniu do dzisiaj. W ostatnich latach można nawet zauważyć silny trend, pojawiający się w reklamie i niezależnych miniaturach filmowych, inspirowany eksperymentem Pablo Ferro.

4. W studiu Greenbergów zaczynał Kyle Cooper, który z rozmachem wypłynął w latach 90-tych. Za sprawą czołówki do filmu „Seven” („Siedem”, 1995, David Fincher) wprowadził popularną wówczas kulturę postmodernistycznego grunge’u do motion designu. Zabłysnął nie tylko dzięki swojemu perfekcjonizmowi oraz pomysłowości, ale także zamiłowaniu do tradycyjnych technik produkcji. Połączył je z metodami cyfrowymi, co dało zachwycający efekt.

Pomysłem na sekwencje napisów tytułowych było, nie zdradzając oczywiście fabuły, przybliżenie postaci głównego bohatera – tajemniczego seryjnego mordercy. Pokazał wyrywkowo jego przerażające notatki dokumentujące zbrodnie. Wykorzystał do tego m.in. makrofotograficzne ujęcia zapisków i zdjęć fragmentów ciał, scenę odcinania skóry z opuszków palców oprawcy, a wszystko to połączył z podniszczoną typografią imitującą druk maszyny do pisania i ręcznie skrobane litery. To wystarczyło, by sugestywnie zagłębić się w chory umysł mordercy. Ujęcia zostały zmontowane w sposób szarpany; przenikają się i urywają. Zamierzony efekt Cooper osiągnął dzięki analogowemu niszczeniu poszczególnych klatek filmu i manualnemu wydrapywaniu na nich napisów za pomocą igły.

Dzięki tym wszystkim zabiegom czołówka do filmu „Siedem” zyskała swój mroczny, grunge’owy charakter i jest prawie tak samo przerażająca jak cały film. Sam Kyle Cooper uważa, że przykuła ona uwagę bardziej ze względu na pomysł niż język graficzny.

Ten projekt, który „The New York Times” określił mianem „jednej z najważniejszych innowacji w projektowaniu graficznym lat 90-tych”, przyniósł mu renomę specjalizującego się w czołówkach filmowych twórcy, po czym założył dwa doceniane dzisiaj na całym świecie studia: Imaginary Forces i Prologue Films. Są one odpowiedzialne za najwybitniejsze projekty graficzne w branży filmowej ostatnich lat.

David Fincher jest jednym z twórców filmowych, którzy nie boją się zainwestować w kunsztowne napisy tyułowe. Stało się to jednym z jego znaków firmowych. Spójrzmy np. na czołówkę do „Dziewczyny z tatuażem”. Można ją teraz oczywiście znaleźć na YouTube, na kilku kanałach jednocześnie, na każdym ma ponad 600 tys. wyświetleń i m.in. takie komentarze: „I loved the original movies, but these movie and specially the intro is really good.”, „Easily one of the best opening sequences made in movies.” Warto prawda?

5. Jako ostatnie pokażę napisy tytułowe do filmu „Delicatessen” („Delikatesy”, 1991 r., Marc Caro, Jean-Pierre Jeunet, autor  Marc Bruckert) Jest to mistrzowski przykład czołówki, w której napisy umieszczone są na elementach specjalnie stworzonej scenografii, lub będące ich integralną częścią.

Delicatessen from Metal Bocek on Vimeo.

Film ten opowiada historię właściciela kamienicy, którego kłopoty ze zdobyciem żywności w post-apokaliptycznej przyszłości zmuszają do mordowania i zjadania lokatorów. Stworzył ją Marc Bruckert. Stworzył dosłownie, ponieważ wymagała ona zbudowania szczegółowej scenografii i umieszczenia napisów na jej elementach.

Ciekawym zabiegiem jest jazda kamery ponad stołem rzeźnika, na którym w nieładzie trzymane są różne przybory domowego użytku minionej epoki. Bruckert umieścił nazwiska twórców na przedmiotach w sposób bardzo przemyślany – dobór rekwizytów odpowiada funkcjom członków zespołu: nazwisko autora zdjęć wygrawerowane zostało na starym aparacie fotograficznym, twórcy kostiumów wyhaftowane na materiale, kompozytora umieszczone na starej płycie, a montażysty na posklejanych fotografiach. Z chwilą gdy widz odkrywa, dlaczego przedstawiana jest mu ta scenografia, zostaje wciągnięty w grę i bawi się wychwytywaniem tych zgrabnie skomponowanych szczegółów.

Na nową kategorię wśród oscarowych nominacji się nie zanosi. Najlepszym czołówkom musi wystarczyć uwielbienie widzów. Liczę na to, że więcej producentów w Polsce zauważy jak liczne jest grono nas – oceniających filmy po czołówkach i dlaczego warto nam dać te kilkadziesiąt sekund mocnych wrażeń na czele filmu.

Zaciekawił Cię artykuł i zastanawiasz się nad współpracą? Napisz do nas – odpowiemy na wszystkie pytania!